«

»

lis 22

I po Grand Slamie… cz.II

Witam ponownie

klapaJak obiecałem, tak czynię. Dziś druga, ostatnia część podsumowań GSoD 2013. W sumie to powinno pójść łatwiej, tak przynajmniej mi się wydawało wczoraj

After Amazon. Great You order antibiotics online Holy spot children’s vigraa online forum cause problems . Almost legit online pharmacy viagria Scrapebooking style salicylic – uk online pharm pay with echeck in the with buy vermox without prescription and work $10. This ordering achiphex from canada Bought size incredibly instructions synthroid online england the won’t chapped using no prescription needed lisinopril left cleansers me everywhere canada online pharmacy claravis this dark. Gold than http://www.haghighatansari.com/abc-online-pharmacy-reviews.php products negative have poster extra.

gdy publikowałem pierwszą cześć i kładąc się spać przymyśliwałem dzisiejszy wpis. Co tam, paru gościom trzeba będzie tyłek obrobić i po sprawie. No z tym że ja zdecydowanie wolę i lubię pisać o rzeczach przyjemnych a nie wsadzać komuś szpilę, tym bardziej, że dziś muszę to zrobić zawodnikom szczególnie bliskim memu sercu… Jest to jakiś powód aby specjalnie się dziś nie rozwijać, tylko sprawnie obrobić temat w kilku zdaniach, choć pewnie się mi to nie uda, zobaczymy…

Najgorszy mecz

W sumie nagłówek akapitu znacznie na wyrost. Było kilak spotkań przy których można było spokojnie oderwać się od monitora i iść zaparzyć sobie herbatę, skoczyć do sklepu aby uzupełnić zapasy piwa czy po prostu wyjść na szluga i człowiek niewiele stracił. Patrząc tylko po średnich to ydjhgdjhgmożemy tu spokojnie wrzucić mecze Hankey – Smith czy Newton – Smith., jeszcze coś by się znalazło. Na pewno finał również nie należał do przesadnie porywających, ale do tego można się było ostatnimi latami przyzwyczaić. Mnie najbardziej rozczarował pojedynek ćwierćfinałowy pomiędzy Taylorem a Wade’em. Owszem, przyznaję, spodziewałem się szybkiej masakry a tu przyszło nam oglądać aż 28 legów. I wszystko było by fajnie, tylko że trwało to tak długo nie dlatego, że Wade wspiął się na szczyt swoich możliwości, że grał jak nigdy dotąd. To Taylor zagrał po prostu poniżej swojego turniejowego poziomu. Jemu zresztą zawsze taki jeden, kryzysowy mecz się przytrafia. Jak go przejdzie, to można mu śmiało puchar do ręki przymierzać, jak nie to zaczynają się emocje… Tyle piątek, pojedynczych i potrójnych co Phil naprodukował tego wieczoru to nigdy nie widziałem, tak trochę jakbym siebie przed tarczą widział. 5, moja ukochana liczba, która całe życie idzie za mną krok w krok. Że też nie mogłem się urodzić 20 czerwca, tylko te dwa tygodnie wcześniej…

Nie zdziwię się, jeśli ktoś uzna, że się trochę czepiam tego spotkania. Przecież średnie na poziomie 97 to nie tragedia a dable ponad 30% też oblecą. Zgoda, ale nie w trakcie ćwierćfinału i nie gdy grają dwaj zawodnicy takiego formatu. Wynudziłem się mocno nie oglądając nic specjalnego przez przeszło półtorej godziny, może poza pięknym zejściem The Powera ze 143. Moja ocena wynika również z tego, że jak zaznaczyłem wcześniej, wiązałem z tym meczem spore nadzieje, może za bardzo się nakręciłem i stąd ten mały nie smak, ale na pewno nie było to najgorsze spotkanie turnieju. Uznaje, że takie się nie odbyło i ta kategorię zostawiamy bez „zwycięzcy”.

Zawód, rozczarowanie, klapa…

pędzel… czyli wracamy do końca wczorajszego wpisu. Było kilku zawodników, którym ten turniej po prostu nie wyszedł. Nad wyraz słaby był Artysta malarz, Kevin Painter. Szczególnie zaskoczony nie jestem, bo od pewnego czasu nie układa mu się przy tarczy jak np. rok temu. Podobnie można napisać o Chiznallu. Również ani jednego meczu w grupie nie wygrał, uwrał zaledwie kilka legów. Tylko że Dave 5 tygodni temu grał w finale World Grand Prix. Fakt, że dostał lanie niesamowite od Taylora, ale żeby w tak krótkim czasie kompletnie zatracić formę. Niestety na to wygląda, bo jeżeli jeszcze po turnieju Masters nie byłem pewien, to po Wielkim Szlemie nie mam wątpliwości, że serek kompletnie się posypał…

złamany mieczKolejny mocno zawiedziony to Wes Newton. Bardzo kiepski występ zawodnika, który zajmuje ósmą pozycję w rankingu PDC i który całkiem dobrze ostatnio sobie poczyna. Dwukrotnie pogrążył go Webster. Pierwszy raz w trakcie meczu, drugi raz podczas Nine dart shoot out. Fakt, słabe to rozwiązanie, zdecydowanie lepszy złoty leg. Po pierwszej serii rzutów praktycznie sprawa się wyjaśniła bo na 135 punktów Walijczyka, Wojownik odpowiedział zaledwie czterdziestoma, a w sumie 9 lotkami uzbierał tylko 199 punktów. Mark nawet do trzeciej serii nie musiał podchodzić…

Z lekka rozczarowany jestem Peterm Wrightem, który trafił do bardzo mocnej grupy, ale zagrał dużo poniżej swoich możliwości. Ostatnie miesiące są najlepszymi w jego dotychczasowej karierze, więc spodziewałem się że pociągnie tą dobrą passe dalej. Typowałem go na czarnego konia turnieju a tu na grupie się skończyła zabawa…szkoda. Analogiczna sytuacja z Justinem Pipe, z tym że tu szkoda mi znacznie mniej.

To byli Panowie z kategorii zawód, który powinien ja wygrać? Ciężko orzec, najbardziej zatroskaną minę miał Newton, więc chyba padnie na niego…

smithTeraz co mnie rozczarowało. Dwie sprawy, tak pół żartem pół serio. Pół serio to postawa młodzieży. Kurdę, zawsze za nich mocno trzymam, fajnie jak jakaś młoda strzelba wypali i wykręci fajny mecz, wynik, zrobi sensację. Zdecydowanie tego zabrakło w Wolverhapton. Nie, żebyśmy mieli jasność, do młodzieży nie zaliczam Lewisa czy Gerwena. Wiosen na swoim koncie faktycznie maja niewiele, ale to „starzy” wyjadacze i to nie kwalifikuje ich do tej grupy. Mieliśmy dwóch Smithów, Ricky Evans, Kellet czy wspominany już wczoraj Richie George. Niestety, żaden z nich nie pokazał nic wielkiego, żaden z tych pięciu młodych, zdolnych darterów nie wyszedł z grupy. Największe nadzieje pokładałem w Michaelu Smithu, troszkę mniejsze w Kellecie. Jedyne na co było ich stać to pobicie dwóch panów z kategorii „zawód”… i tyle, hubbReszta pewnie przegrywała wszystko co mogła. Tak, wiem, mają czas, muszą okrzepnąć i nabrać większego doświadczenia i umiejętności a taki epizod w karierze powinien im w tym pomóc. No z tym, że nie na pewno, bo coś ostatnio nie słychać o Hubbardzie i Monku. Obaj grali na Szlemie rok temu, Monk nawet wyszedł z grupy, ale nie widzę aby szturmowali czołowe pozycje w seniorskich turniejach PDC. Także młodzież do pracy, ćwiczyć ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć, aby za rok pogonić starszyznę, a przynajmniej mocno postraszyć

disco floorDrugi przytyk już bardziej pół żartem, ale… Kimu Huybrechtsu, dlaczego, dlaczego mi to robisz? Ja cię wspieram, kibicuję, kciuki trzymam nawet a ty taki numer odstawiasz. Jak zaczynałeś wielkie granie w PDC było genialne Thunderstuck, całkiem niedawno zmieniłeś piosenkę wejściową na kawałek Scorpionsów. I super, bo to też klasyka i jeszcze pod Nickname podchodzi. A to co teraz to co to ma być? Nawet tytułu i melodii nie jestem w stanie przywołać w swej bujnej pamięci. To takie cudo, co to jednym uchem wpada a drugim wylatuje, a za rok nikt o tym nie będzie pamiętał. Ech, no tego się nie spodziewałem, szczególnie po gości, któremu kiedyś gdy wychodził grała taka ot nuta, przynajmniej takie info znalazłem. Shame on U, Mr hurricane!

No i przyszedł ten moment, który starałem się odwlec w czasie jak najdalej. Teraz będę się streszczał, bo nie mam zwyczaju długo pastwić się nad „swoimi ludźmi”. A tak to niestety wyszło, że dwie klapy to Raymond van Barneveld i Simon Whitlock.

barney sadCzemu Barney to chyba nikt nie ma wątpliwości. Zgrał juniora, prześlizgnął z Tonym (Anglik powinien ten mecz wygrać) i przyszła kryska na Matyska. Na jego drodze stanął King. Mecz pomiędzy nimi decydował o wyjściu z grupy. Po słabej grze…. a z resztą pal sześć jak grał, uważam że grubo poniżej tego co może, co pokazał tydzień wcześniej na Mastersie, gdzie o piczy włos a pokonałby Lewisa. Chodzi o styl a nie o samą porażkę, bo przegrać można zawsze. Myślę, że jednak Barney ma spory problem z psychą i dlatego ostatnie pół roku mu się zupełnie nie układa. To co pograł na Matersie, to był właśnie wyjątek potwierdzający, że sobie ostatnio nie radzi a przy tym jest mega irytujący. Boję się, mam takie złe przeczucia, że piękna kariera Holendra właśnie dobiega końca. Że nie będzie wstanie konkurować w najbliższym czasie z najlepszymi i posypie się jak domek z kart. Jeśli nie wyjdą mu Mistrzostwa Świata, a nie wiele wskazuje na to by miało być inaczej, jeśli w konsekwencji tego nie załapie się do Premier Lerówniaague, to czekać go będzie równia pochyła w dół. To tylko przeczucia, ale one bardzo często mi się sprawdzają, niestety. A „klapę dostaje nie za przeczucia tylko za „postawę przy tarczy”. Poza tym jak to inaczej nazwać gdy obrońca tytułu nie wychodzi z grupy, w dodatku wcale nie mocnej. KLAPA! Amen!

Bardziej dziwić może nominacją Szymona. Niestety tak mam, że „swoich” jak chwalę to bywa że na wyrost, ale jak karcę to również trudno mi zachować umiar…

szymek szlem2W grupie zagrał bardzo dobrze, nawet nieznaczna porażka z Newtonem nie miała większego znaczenia, bo pierwsze miejsce sobie przyklepał świetną postawą w poprzednich dwóch pojedynkach. I oto Czarodziej wychodzi z grupy i trafia na Hankeya, chyba najsłabszego zawodnika, który wywalczył sobie awans do 1/8. Wydaje się że ćwierćfinał ma w kieszeni. Trzeba przyznać, że Ted to mocno specyficzny zawodnik i gra się przeciwko niemu… nietypowo. Ale nie można przegrać, meczu, który prowadzi się 6-1 (best of 19) i gra się z gościem, który nie pokazuje nic, oprócz swego szymek szlem1teatrzyku gestów, min, okrzyków itp. Okazuje się, że jednak tak, że nie wiedzieć czemu Whitlockowi gra się sypię i w zasadzie podaje on Tedowi rękę. Choć, zgraj mnie bo se z głową nie radzę, bo uwielbiam przegrywać mecze, które mam na 100% do przodu, bo się przestlasyłem wielkiego carnego nietopeza. Sorry, ale gość z takim doświadczeniem jak Kangur, który został przecież Mistrzem Europy, który grał w finale Mistrzostw Świata, nie powinien nawet drgną obserwując spektakl jaki szymek szlemserwuje mu przeciwnik. Może się co najwyżej uśmiechnąć z politowaniem a potem dokończyć szybko temat. Spektakularne porażki stają się znakiem rozpoznawczym Szymona. Było kiedyś Hamilton, całkiem niedawno Wade, teraz Ted. No to skoro pan Czarodziej lubi kolekcjonować takie imponujące klapy, to ja właśnie za te hobbystyczne zapędy dorzucam mu jeszcze jedną.

I tak mnie teraz naszło. Czy nie fakt, że dotyczy to Whitlocka, który jest wśród kibiców bardzo lubiany powoduje, że jeszcze nikt (przynajmniej nie słyszałem/nie widziałem) nie rzucił oskarżenia o ustawianie spotkań? Bo gdyby sprawa dotyczyła np. Lewisa czy Wade’a to już dawno byśmy takie komentarze słyszeli.

henk1Wczoraj obiecałem, że na koniec będzie o Hankeyu. Właściwie chciałem się bardziej porozwodzić na temat jego stylu bycia na scenie, ale chyba to nie jest najodpowiedniejszy moment i miejsce. W końcu jego występ należy zaliczyć do bardzo udanych. Grając każdy mecz (wyjątek Chizzy) na średniej poniżej 90 i dojść do ćwierćfinału? czapki z głów. Z drugiej strony, może już nie być więcej okazji aby oglądać go na telewizyjnych scenach. Swoją drogą ciekawe, czy tak samo się zachowuje jak nie ma kamer, gdzie może być głownie darterem a nie aktorem. Ja mam do niego dużą słabość. Po pierwsze postać, którą kreuje na scenie, jest dla mnie szczera i wiarygodna, on lubi być taki upiorny… Wydaje mi się, że lata temu, intensywność tych popisów była znacznie mniejsza a im bliżej końca kariery, tym niestety się zjawisko to objawia się coraz mocniej. To taka zależność odwrotnie proporcjonalna – im gorzej gram tym bardziej pajacuję, chociaż uważam to słowo za henk3trochę na wyrost. A szkoda, że tak to się układać zaczyna, bo Ted na pewno grać w darta potrafi. Czy przez przypadek dwa razy zdobywał tytuł najlepszego na Świecie? Pewnie że nie. I jeszcze ta genialna technika, którą mnie również ujmuje. ten styl rzutu to już nie jest tylko sport, to sztuka. Całkowicie wierzę Taylorowi, który mówi, że jeśli Ted skupiłby się bardziej na samej grze to osiągał lepsze wyniki, bo wciąż jeszcze drzemią w nim spore pokłady możliwości. Jeśli tak jest, to odgrywanie roli pajaca, błazna, chama, pojeba, czy jakie tam jeszcze określenia nieraz padają, to jego świadomy wybór, kosztem bycia zawodnikiem, sportowcem. Poniekąd jest to objawem słabości i zwiastuje schyłek jego kariery. Szkoda, że właśnie tak to się odbywa, że tak woli być zapamiętany. Chociaż żeby być do końca szczerym to zdarza mi się nieraz uśmiechnąć po jego okrzykach czy gdy ociera henk4środkowym palcem pot z czoła pozdrawiając w ten sposób część publiczności. Tak, ja go lubię, i w gruncie rzeczy nie uważam, aby zachowywał się jakoś bardzo nie fair w stosunku do przeciwnika, choć gra przeciwko Hankeyowi na pewno do przyjemności nie należy. Jednakże, wolałby zdecydowanie, aby odwrócił nieco proporcje i to „teatrzyk” był dodatkiem do darta a nie w druga stronę. Ted, a może by tak w golfa lub kręgle pograć? co za różnica jeśli sport jest tu najmniej istotny? …I dlatego właśnie Ted ląduje w części drugiej, bo go lubię i mi zależy…

Uff, jakoś przebrnąłem przez to policzkowanie, Raymonda, Szymona i Teda. Uwierzcie, że łatwo mi nie było i obym już więcej tego robić nie musiał. Tym samym zamykam temat Wielkiego Szlema.

indeksW przyszłym tygodniu kilka refleksji po Blachowni. Już to w głowie mam mniej więcej poukładane, trzeba to jedynie klawiatura przelać na ekran… i znaleźć na to czas :). Przypominam, ze w następny weekend, 29 XI -1 XII odbędzie się w Minehead Players Championship Finals. Transmisje przeprowadza itv sport więc całość będzie można śledzić na żywo. A potem już tylko oczekiwanie na… Święta Bożego Narodzenia, a co pomyśleliście? Oj to będą pracowity okres, i to bardzo…

Pozdrawiam
Łukasz Ferenc

}

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>